Główna trylogia „Igrzysk śmierci” już zawsze będzie mi się kojarzyła z takim rodzajem totalnego zaczytania, jaki uwielbiam. Wszystko dookoła przestało istnieć, a ja po dotarciu do ostatniej strony pierwszego tomu po prostu musiałam wiedzieć co dalej. W zetknięciu z „Balladą ptaków i węży” siła tych wrażeń nie była już może tak duża, ale książka dała mi świetną możliwość powrotu do świata stworzonego przez Suzanne Collins. Tym razem także miałam ku temu okazję, bo dzięki kolejnemu prequelowi - „Wschód słońca w dniu dożynek” trafiłam do Panem w momencie, gdy odbyć miały się pięćdziesiąte igrzyska na drugie Ćwierćwiecze Poskromienia.
- 11.04.2026
- 1 Komentarze






